O blogu

Salve! Silva Rerum to blog poświęcony zagadnieniom: kultury Europy - dziedziczce wspaniałego Imperium Rzymskiego, krytyce poprawności politycznej, iSSlamu, postmodernizmu, doktrynerstwa w każdej postaci, tudzież lewactwa i rożnej maści innego robactwa....

środa, 14 lutego 2007

Koniec Zachodu

Huntington kontra Fukuyama

Ryszard Legutko

O AUTORZE:
Filozof polityki, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, autor m.in. książek "O czasach chytrych i prawdach pozornych", "Złośliwe demony", "I kto tu jest ciemniakiem", "Frywolny Prometeusz", "Spory o kapitalizm", "Nie lubię tolerancji"

O Fukuyamie i Huntingtonie, autorach najgłośniejszych esejów ostatnich lat, mówiono raczej źle. Było to o tyle łatwe, że mało kto dokładnie czytał ich teksty, a zdecydowana większość znała tylko ich tytuły. Francis Fukuyama jawił się więc jako ktoś wyjątkowo niemądry, głoszący koniec historii, co miało oznaczać, że po upadku komunizmu ustaną konflikty i że nic gwałtownego się nie wydarzy. Niemal każdy publicysta uznawał za stosowne powiedzieć coś cierpkiego o tej tezie i zdystansować się od - jak wyraził się jeden z wybitnych polskich autorów - "tego amerykańskiego durnia o japońskim nazwisku". O Huntingtonie pisano nieco oględniej, bo tytuł jego eseju bardziej zgadzał się z potocznymi intuicjami.

Trzy wersje końca historii
Co takiego napisał Fukuyama? Przede wszystkim wyszedł z poprawnego - moim zdaniem - założenia, iż upadek komunizmu nie jest zwykłym wydarzeniem, lecz może oznaczać kres wielkiej polityczno-intelektualnej przygody, która od wielu wieków kształtowała zachodnią wyobraźnię. Ten kres można by nazwać końcem historii.
Koniec historii oznacza, po pierwsze, koniec żywota takiego sposobu myślenia, który procesy historyczne ujmował przez dążenia rozmaitych grup do uznania swojej podmiotowości. Komunizm powstał jako ruch na rzecz upodmiotowienia proletariatu, a w konsekwencji całej ludzkości. Skończyło się to katastrofą, natomiast w tym czasie wszystkie grupy w społeczeństwach zachodnich takie uznanie zdobyły, a każdej nowej grupie takie uznanie jest relatywnie łatwo zyskać. Stąd nie ma już siły politycznej - rzeczywistej lub wyobrażonej - która mogłaby dać procesom historycznym nowy impuls.
Po drugie, koniec historii oznacza - i to jest konsekwencja pierwszego - że zachodnie społeczeństwa nie dysponują już jakąś wyraźną wizją przyszłości, ideałem, do którego trzeba by dążyć, i który mobilizowałby energię polityczną grup, partii czy przywódców. Idea powszechnej równości nadal dominuje w myśleniu polityczno-moralistycznym, ale nie wiąże się to z podobnie wielkim ruchem ideologicznym, jak to było w wypadku socjalizmu i komunizmu. Feministki i działacze homoseksualni pragną wprawdzie przenicować nasze umysły i obyczaje, radykalni ekolodzy mają też równie ambitne plany, lecz żaden z tych ruchów ani nie ma tak dużego potencjału politycznego, ani nie mami nas ideą jakiegoś dramatycznie nowego porządku, do jakiego ludzkość winna dążyć.
Po trzecie wreszcie, w zachodnich społeczeństwach dokonuje się proces integracyjny, w wyniku którego powstaje biurokratyczna struktura ponadmiędzynarodowa. Struktura ta poniekąd zamyka horyzont polityczny dążeń jednostkowych, grupowych i państwowych. Marzenia o uniwersalistycznym bycie politycznym też zatem się urzeczywistniło, a w każdym razie Europa zaszła tak daleko w tym kierunku, iż determinuje to jej polityczne dzieje na dłuższy okres. Ów byt stanowi więc obecnie - i zapewne jeszcze dość długo - swoisty kres politycznych aspiracji.

Ostatni człowiek Nietzschego-Platona
Do trzech sensów końca historii Fukuyama dodał czwarty, dotyczący już nie samego wyobrażenia historii, ale człowieka, który w niej żyje. Jest nim - autor posłużył się określeniem Fryderyka Nietzschego - ostatni człowiek. Nietzsche pisał o nim, iż "wszystko czyni małym", i że ostatni ludzie "są mądrzy i wiedzą o wszystkim, co się zdarzyło: nie ma więc końca drwinom". Wśród takich ludzi "zdarzają się jeszcze kłótnie, ale wkrótce nastaje zgoda - inaczej psuje się żołądek". Fukuyama odwołał się także do Platona, pisząc, iż dusza współczesnego człowieka staje się coraz bardziej nastawiona na pożądania i przyjemności, natomiast coraz mniej animowana aspiracjami wielkości i godności. Z jednej strony, tłumaczy to ogólnie pokojowe, pojednawcze i poczciwe nastawienie do świata, a z drugiej, wskazuje na znijaczenie i miałkość. Stabilizacja, dostatek i liczenie się z innymi to jedna strona medalu, druga to przeciętność, kult wygody, przyzwyczajenie do konsumpcji i gloryfikacja miernoty. Zamiast ideału wielkości i godności, który w przeszłości zrobił wiele dobrego, ale i wiele złego, mamy pojednawczość i dążenie do wzajemnej korzyści. Człowiek współczesny chce raczej być akceptowany przez innych, niż gardząc innymi, stawiać przed sobą wielkie cele.
Fukuyama nie był pierwszy. Za swoich poprzedników uznaje on Hegla (podobne nadzieje wiązał on z procesem tworzenia się nowoczesnego państwa napoleońskiego) oraz ekscentrycznego rosyjsko-francuskiego heglistę Aleksandra KojeveŐa. Ten ostatni dostrzegał koniec historii w powstaniu wielkich ponadnarodowych struktur biurokratycznych w Związku Radzieckim Stalina oraz w procesach integracyjnych Europy Zachodniej, którym sekundował i na które wpływał ze strony francuskiej jako szara eminencja. Kojeve zarysował także coś w rodzaju koncepcji ostatniego człowieka, pisząc, iż w nowej rzeczywistości europejskiego państwa oraz osiągnięcia powszechnego uznania ludzie będą się zajmowali przede wszystkim "sztuką, sportem i erotyką", przy czym pod słowem "sztuka" nie rozumiał ogólnego zainteresowania poezją, muzyką i malarstwem, ale raczej uprawianie ogródków, modę i rozrywkę.

Koniec historii i polska dusza
Czy świadomość europejska, a zachodnia w ogólności, jest rzeczywiście świadomością pozbawioną przyszłości, zaś pośrednio pozbawioną historycznego wymiaru? Odpowiedź twierdząca, jak każde wielkie uogólnienie, może się spotkać z licznymi kontrprzykładami. Myślę, iż w istotnym i niebanalnym zakresie jest to odpowiedź prawdziwa, a w każdym razie od czasu publikacji Fukuyamy nie zdarzyło się nic, co by pozwalało jej kategorycznie zaprzeczyć.
Demokratyzacja oraz integracja stanowią dziś podstawowe i ostateczne punkty odniesienia dla wielkiej rzeszy Europejczyków. Nikt o tym nie wie lepiej niż Polacy. Nasze doświadczenie historyczne było wyznaczone przez ideę niepodległości, ideę komunizmu, a potem przez ideę wyzwolenia się od komunizmu. Gdy to się udało, skończyły się wielkie dążenia, a poza demokracją i integracją nic innego nie zaprząta naszych umysłów i nic innego nie znajduje się w naszym wyposażeniu duchowym. Kto sugerowałby dzisiaj jakieś inne cele, jakąś inną wizję przyszłych dziejów, tego potraktowano by jako niebezpiecznego fantastę, oderwanego od rzeczywistości oraz od wartości wspólnych dla cywilizowanego świata. Polska dusza stanowi bodaj najdobitniejszą ilustrację końca historii, dlatego jesteśmy ostatnim krajem, w którym naigrawanie się z Fukuyamy miałoby realne uzasadnienie. Pod tym względem Polacy tylko niewiele się różnią od innych narodów. Krytycy Fukuyamy zżymali się na jego nadmierny heglizm (zapewne słusznie), krytykowali wiele szczegółowych myśli (zazwyczaj słusznie), ale żaden z nich nie wskazał, jakie wizje historii są dzisiaj rozważane jako alternatywne i jakich mają proroków.

Pożytki z Huntingtona
Teza Samuela P. Huntingtona jest pod pewnym względem dopełnieniem, a nie - jak się powszechnie twierdzi - przeciwieństwem tezy Fukuyamy. Skoro zachodni świat znajduje się u kresu wielkiej przygody, zamieszkały jest przez zadowolonych z siebie ostatnich ludzi, to rzecz jasna, iż podstawowe konflikty muszą się przenieść poza ten świat. A Huntington twierdzi właśnie, że owe konflikty rozgrywają się dziś między cywilizacjami, a nie między państwami czy narodami. Jeśli przywołamy konflikt islamsko-zachodni, to teza Huntingtona będzie uderzająco trafna.
Niestety, w szczegółach teza Huntingtona ma zbyt wiele luk, znacznie więcej niż twierdzenia Fukuyamy. Nie jest jasne pojęcie cywilizacji. Nie są oczywiste ani granice, jakie między nimi rysuje uczony, ani przyczyny ewentualnych konfliktów między niektórymi z nich. Wyjątków w tym obrazie jest zbyt wiele, podobnie jak zbyt liczne są zastrzeżenia, również te czynione przez samego autora, by uznać koncepcję Huntingtona - tak jak można to zrobić, według mnie, z koncepcją Fukuyamy - za istotny klucz do zrozumienia współczesności.
W swoim trzonie cała koncepcja ta spełniła jednak swoje zadanie, zwracając uwagę architektom amerykańskiej polityki zagranicznej - dla nich wszak został napisany pierwotny esej - na nowe, trudne do zracjonalizowania w świetle zachodnich standardów, przyczyny wrogości wobec Zachodu, a Ameryki w szczególności.
Kiedy Zachód stał się obiektem ataku islamistów, odezwały się niemal natychmiast głosy - w miarę upływu czasu coraz donośniejsze - iż agresorem nie był wcale islam, lecz islamscy ekstremiści. Islam jako formacja społeczna i światopoglądowa jest w istocie - mówiono - pokojowy, tolerancyjny, a nawet prozachodni. Nie wiadomo, ile w takich opiniach było samomistyfikacji i politycznej poprawności, a ile wykalkulowanej ostrożności. W każdym razie dzięki tezie Huntingtona można było ów pogląd odrzucić, domniemując z dużą dozą słuszności, iż obecny konflikt nie rozgrywa się - jak twierdzą liczni Europejczycy i Amerykanie - między arabskimi radykałami i amerykańskimi neokonserwatywnymi jakobinami, lecz ma głębokie podłoże społeczne i religijne. Tym samym sposób prowadzenia wojny i ewentualne zwycięstwo są zadaniami znacznie trudniejszymi niż w konfliktach tradycyjnych (dodajmy, iż sam Huntington był przeciwnikiem ataku na Irak).

Świat ostatniego człowieka
Huntington sugeruje, iż jest coś takiego jak mocna tożsamość cywilizacyjna Zachodu i jego odrębności od innych cywilizacji. Jego przeciwnicy twierdzą, że to jest o tyle nieprawda, iż Zachód stanowi twór różnorodny. Ale przecież można atakować Huntingtona z innej strony. Może nie różnorodność, ale raczej brak zróżnicowania stanowi czynnik kluczowy. Jeśli Fukuyama ma rację w swojej tezie o ostatnim człowieku, to mocne poczucie cywilizacyjnej odrębności należy uznać za coś nienaturalnego - ostatniemu człowiekowi będzie raczej go brakowało. Islamiści mogą atakować Zachód, a Zachód wcale nie musi się uważać za zaatakowany przez islam, lecz może uważać, że to ledwie pewna niewielka grupa zaatakowała inną niewielką grupę, na przykład arabscy ekstremiści amerykańskich imperialistów. Cywilizacja ostatnich ludzi będzie raczej się starać wchłaniać islam w swoją politykę powszechnego uznania i równości, oferując krajom arabskim coś w rodzaju światowego multikulturalizmu zamiast cywilizacyjnego starcia. Pojednawczość, kompromis, wzajemne ustępstwa, wspólne korzyści - taki stosunek do przeciwników byłby bardziej zgodny z naturą ostatniego człowieka.
Niechęć do cywilizacyjnego starcia, którą obserwujemy w dzisiejszych społeczeństwach pokazuje, iż diagnoza Fukuyamy broni się dobrze. Pośrednim potwierdzeniem tego są poglądy Huntingtona wygłaszane w ciągu ostatnich kilku lat, już po opublikowaniu książki o cywilizacyjnych konfliktach. Upraszczając, sprowadzają się one do troski o cywilizacyjne rozmycie Zachodu, szczególnie Ameryki. Autor stał się jednym z bardziej zdecydowanych krytyków mulikuluralizmu w swoim kraju. Szczególną burzę wywołał jeden z rozdziałów jego ostatniej książki, w którym rozważa się zasadnicze przemiany demograficzne i dramatycznie rosnącą liczbę latynoskich imigrantów. Czy Ameryka zbudowana na angielskiej i protestanckiej kulturze będzie tą samą Ameryką, gdy zmieni się jej demograficzny obraz? To pytanie warte namysłu, ale zostało ono fatalnie przyjęte, jako wyraz - posługując się językiem Fukuyamy - ideologii antyuznaniowej. Jeśli jednak, idąc tropem Huntingtona, Ameryka zmierza do rozstania się ze swoją kulturową tożsamością, to cóż powiedzieć o całym Zachodzie?
Czy idea zachodniej cywilizacji, skonfliktowanej z innymi cywilizacjami, nie jest zatem tylko jakąś konserwatywną fantasmagorią, odległą od faktycznego społecznego doświadczenia? Być może - i tutaj nie mamy pewności - w naszym świecie dzieją się rzeczy, które względnie mocne ujęcie cywilizacji zachodniej czynią anachronicznym. Bo jeśli rację ma Fukuyama, to nawet gdyby taka jedność dawała się odkryć, to ostatni człowiek nie będzie jej dostrzegał, a gdy się mu ją wskaże, odrzuci ją z irytacją jako sprzeczną z tym, co uważa za najbardziej naturalne ludzkie pragnienia. Konfliktu cywilizacyjnego nie będzie, bo on nie życzy sobie jego istnienia.

Koniec Zachodu [w:] Tygodnik "Wprost", Nr 1157 (06 lutego 2005)

środa, 7 lutego 2007

wtorek, 6 lutego 2007

"Bismi-llahi al-Rahmani al-Rahimi ..." - "W imię Boga litościwego i miłościwego ..."


Oto prawdziwa natura iSSlamu:

Obcinanie rąk i nóg

Kamienowanie

Lejąc gorącym moczem na Koran...czyli jak arabscy apostaci postrzegają iSSlam

"Mankind’s biggest challenge: Today the humanity is facing a great danger. Islamic fundamentalism is on the rise and the hatred is brewing in the minds of millions of Muslims. This hatred must be contained or there would be disastrous consequences. We believe that the education is the only answer. Muslim intellectuals must realize that Islam is a false doctrine and they must let the rest of Islamic world know the truth. Islam is a religion that thrives on the arrogant assumption that it is the most logical, the most scientific and the most perfect religion. While the fact is that it is the stupidest doctrine — the most backward and absurd belief. Once the truth about Islam becomes common knowledge, it will be weakened and the Islamic fanaticism will lose its fangs. Hundreds of billions of dollars are being expended to combat Islamic terrorism, yet no effort is made to contain the ideology behind this terrorism. It is our belief that Islamic terrorism will not be eliminated unless and until the ideology behind it is exposed and eradicated. This is what we intend to do."

The Apostates of Islam

Euroschizofrenia

Jak donosi "Dziennik":
"Dziś w Mediolanie ma zapaść decyzja w sprawie wystawienia listów gończych za 26 agentami amerykańskiego wywiadu podejrzanymi o udział w uprowadzeniu mieszkającego we Włoszech Egipcjanina (...)Abu Omara. Ten islamski duchowny przebywał we Włoszech jako azylant od lat 80. Uciekł z rodzinnego Egiptu, bo był członkiem nielegalnej organizacji islamskich fundamentalistów (...) Głoszenia swoich poglądów nie zaprzestał we Włoszech, gdzie znano go z wygłaszania wojowniczych kazań w mediolańskim meczecie".

Artykuł ten obrazuje do jakiego stopnia Europa zagubiła się w swojej politycznej poprawności. Z jednej strony chce zwalczać terroryzm, z drugiej wydaje sie nie zauważać oczywistej prawdy: Otóż aby wygrać z tak dobrze zakamuflowanym wrogiem, działającym na styku legalnych organizacji społeczno-religijnych, pewne demokratyczne pryncypia należy ograniczyć. Wspomniana akcja agentów CIA oczywiście nie powinna miec miejsca bez zgody władz cywilnych i wojskowcyh Włoch. Sam jednak czyn porawania niebezpiecznego fundamentalisty nie wydaje mi sie zbyt naganny, choć jego działalność na pierwszy rzut oka mogłaby wydawać się zgodna z literą prawa.


"(....) CIA naraziła się także Niemcom. Chodzi o przypadek urodzonego w Libanie obywatela Niemiec Khaleda el-Masriego. Został on zatrzymany przez CIA w Macedonii pod koniec 2003 r. W więzieniu w Afganistanie był torturowany i oskarżany o odpowiedzialność za zamachy z 11 września. Potem okazało się, że pomylono go z kimś innym. 1 lutego tego roku prokurator August Stern z Monachium złożył wniosek o wystawienie 13 listów gończych za amerykańskimi agentami(....)"

No coż gdzie drwa rąbią tam wióry lecą..... ale sam fakt wydaje się niepokoić co do rozeznania amerykańskich służb specjalnych w środowisku muzułmańskiej ekstremy....

poniedziałek, 5 lutego 2007

Znowu drą pyska...

Jak podaje PAP i "Rzeczpospolita":
"Szef irańskiej dyplomacji Manuszehr Mottaki [na zdjeciu ten od lewej] zaproponował zmiany w strukturze ONZ poprzez przyznanie krajom islamskim prawa weta w oenzetowskiej Radzie Bezpieczeństwa. Przemawiając w czasie modlitwy w meczecie w Teheranie Mottaki podkreślił, że 'obecna struktura ONZ, która przewiduje stosowanie prawa weta (tylko) przez niektóre państwa, jest niesprawiedliwa'. - Ta sytuacja powinna jak najszybciej się zmienić - oświadczył minister spraw zagranicznych. Zaproponował więc, by w Radzie Bezpieczeństwa prawo weta przyznać krajom islamskim działających przy Organizacji Konferencji Islamskiej (OIC), szczególnie w kwestiach dla nich ważnych i dotyczących ich interesów"

Bezczelność tych kozojebców przekracza już wszelkie granice! Jak mogą rządać dla siebie przywilejów w ONZ skoro nawet większość krajów cywilizowanych i demokratycznych Europy oraz Azji ich nie ma?! Zbyt powszechne prawo weta doprawoadziłoby do całkowitego paraliżu tej organizacji. Jak widać muzułom nie zależy na sprawnym funkcjonowaniu ONZ. Z resztą byłoby to im na rękę....mogliby być wtedy zupełnie bezkarni.

Ceterum censeo .....

Im bardziej zagłębiam się w raport Amnesty International o prawach człowieka w Arabii Saudyjskiej tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, iż kulturę iSSlamu trzeba zniszczy - wszelkimi możliwymi sposobami. Oczywiście nie chodzi tu o "zbawienie" bliskowschodnich społeczeństw, gdyż są one niereformowalne - ich strukture i podwalini trzeba po prostu zetrzeć z powierzchni ziemi gdyż szpecą ten piękny świat.

niedziela, 14 stycznia 2007

"Terence widziałem twoich rozdziców - fajni faceci" .... czyli co w dupie chlupie.

Zawsze byłem daleki od homofobicznych pogłądów: nie przeszkadzało mi dopuszanie przez prawo związków homoseksualnych etc, ale ostatnio zaczyna mnie niesmaczyć ostentacyjne lansowanie homoseksualizmu jak czegoś lepszego od bycia "heterykiem". Szczegołnie razi mnie zgoda na adopcję przez pary homoseksualne dzieci. Problem jest w tym, iż takie środowisko w którym będą one wychowywane może doprowadzić do wytworzenia sie w nich swego rozdzaju konfuzji, dezorientacji i poźniejszych problemów związanych z określenie swojej seksulaności. Niestety tych wątpliwości nie widzą zaslepienie swoją ideologią lewacy. Przykładem moze tu być
Holandia:



PS: Może jeszcze będą spiewać o tym jak tatusiowie robią braciszka? :P
Ciekawe, którędy by wyszedłby ów braciszek na świat, bo napewno nie z brzuszka....prędzej z dupy :P

Kebab

Jak mówi Koran, wszystko co robi muzułmanin powinien to czynić na chwałę Allaha - za to czeka go wielka nagroda w niebie. Dlatego nawet szafot nie jest dla fundamentalistycznego terrorysty żadną karą. Coż więc przerażającego można mu uczynić aby ostudzić jego zapał w szybkim dostaniu się do rajskiego burdelu z full wypaśnym inwentarzem 80 pięknookich kurew? Kluczem jest tu pochówek, który zgodnie z iSSlamską tradycją musi sie odbyć w odpowiednim, godnym miejscu a ciało nie może być skremowane - w przeciwnym wypadku scierwojad nie załapie sie na wieczysztą orgietkę. Ano więc wystarczy takiego delikwenta-kozojebcę nabić na pal (stara dobra polska i turecka tradycja), wcześniej zaszywając go w świńską skórę i powoli opiekać na wolnym ogniu - żywcem. Po godzinie kebab gotowy....
Kara śmierci dla tego rodzaju terrorystów musi być okrutna aby powstrzymać innych od tego typu działalności.

Mieszając gówno w bliskowschodnim nocniku...

Od paru ładnych lat słyszymy zewsząd krytykę interwencji USA w Iraku. I tu muszę sie zgodzić ale nie z argumentami na jej poparcie. Mam w dupie to ilu amatorów wielbłądziego mleka skończyło jako przypiekane pustynnym żarem ścierwo. Nie rusza mnie ile małych arabskich łebków dostało headshota za rzucenie kamieniem tudzież granatem w amerykańskiego żołnierzą. Powtórka "Pustynnej Burzy" była niesłuszna z zupełnie innych powodów.
Głupotą ze strony Amerykanów było obalenie Husajna. Koleś nie miał w 2003 już broni masowego rażenia. W dodatku nadal można byłoby nim "kręcieć" przeciw Iranowi, który jest znacznie większy obszarowo, ludniejszy i groźniejszy niż Saddam, jako, że jest to panśtwo fundamentalistyczne. Natomiast Irak był świecką dyktaturą, w której tępiono wszelkie oznaki ektremizmu religijnego. Gdyby Ameryka wspomogła ekonomicznie Saddama po wojenie 1980-1988 nie byłoby inwazji na Kuwejt ani obecnej zadymy na Bliskim Wschodzie. Dobrym posunieciem mogłoby być też obalenie Husajna w 1991, korzystając z powstania jakie wtedy wybuchło przeciwko temu dyktatorowi. Jednakże nie było ku temu "woli politycznej" - Waszyngton myślał, że "wypnie się" na swoje wiernego sukinsyna z Bagdadu a on mimo to bedzie szarpał sie z Iranem. Dlatego zostawili go u władzy mimo, iz "Pustynna Burza" dawał 100% pewną okazję zdejcią tego rzeźnika ze stołka. W efekcie brak jest silnej przeciwwagi dla Iranu w tym regionie. Oczywiście jest jeszcze Izrael ale ze względu na swoją specyficzną sytuację geopolityczną jego ewentualna "akcja" przeci ajatollahom z Teheranu byłaby bardzo problematyczna.

Tak czy siak widać, że w Biały Domie zapomniano o starym powiedzonku: "Skurwysyn - ale NASZ skurwysyn ..."

PS: Oczywiście konszachty z totalitaryzmami powinny być pietnowane ale Ameryka nawet w nich nie jest konsekwentna...czego efektem jest wielki bliskowschodni bajzel...

Krótko o genezie konfliktu palestyńsko-izraelskiego

Geneza tego krawego konfliktu sięga I wojny swiatowej, kiedy to rząd Jej Królewskiej Mości postanowił wesprzeć ruch syjonistyczny w celu pozyskania ochotników w Europie i na Bliskim Wschodzie do walk przeciwko Imperium Ottamanskiemu. Jednocześnie obiecywano Arabom,w zamian za udział w działaniach wojennych, stworzenie na jego ruinach jednolitego państwa obejmującego: Syrię, Liban, Palestynę, Półwysep Arabski, Transjordanie i obecny Irak. Umowy oczywiście nie dotrzymano. Po zakończniu wojny ziemie te zostały przez Ligę Narodów przekazane formalnie jako mandat Francji i Wielkiej Brytanii. W reczywistości jednak w/w tereny stały sie koloniami (tzw. układ Sykes-Picott). Walki wewnętrzne miedzy Fajsalem a domem Saudów doprowadziły do rozbicia wewnętrznego Arabów a przez to niemożności przeciwstawienia się ustaleniom wielki mocarstw. Pomimo udanego rozbioru Imperium Ottomańskiego Anglia nie wycofała się z poparcia dla idei stworzenia żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie, nawet w obliczu pewnych niepokojów jakie budziła duża imigracja Żydów na te tereny. Zapewne sądzono, iż w ten sposób umocnią sie wpływy brytyjskie w tej czesci bliskiego wschodu. W pierwszych latach po II wojnie światowej wzmogła się kolonizacja żydowska w Palestynie. Przy wsparciu finansowym z Ameryki i Europy imigranci powoli zmieniali ten jałowy i zacofany ekonimicznie kraj: budując fabryki i zakładając kibuce (spółdzielcze gospodarstwa rolne) na wykupywanych od miejscowej ludności arabskiej nieużytkach. Arabowie widząc, iż nowoczesne metody agrotechniczne i organizacyjne przeminiły leżące dotychczas odłogiem ziemie w przynoszace spory plon grunty orne zaczeli domagac sie rekompensat a nawet zwrotu tychże terenów. Mnożyły sie akty przemocy - dochodziło do gwałtów i linczów na ludnosci żydowskiej. Na reakcje zwrotną nie trzeba było długo czekać. Żydzi postanowili, iż drugiego holocaustu nie bedzie....chodźby to miało oznaczać holocaust Palestyńczyków (i za to podziwima ten naród). Resztę tej "historii" znamy z telewizji....